Ze wspomnień Heleny Chądzyńskiej z domu Malewicz

Helena Chądzyńska z domu Malewicz jest córką ostatnich właścicieli majątku Przeździatka w Sokołowie Podlaskim. Jej rodzice, Helena i Zbigniew Malewiczowie kupili Przeździatkę w 1924 r. Pani Helena wyjechała z Sokołowa w 1941 r. Zbigniew Malewicz miał trzy córki, Hannę, Marię i Helenę, i dwóch synów, Witolda i Zbigniewa. Najstarsza z sióstr, Hanna, wyszła za mąż za doktora Antoniego Perłowskiego, lekarza bardzo związanego z Sokołowem. W tym roku, 23 marca, pani Helena odwiedziła ponownie nasze miasto wraz z małżonkiem, Adamem Kontowtem. Pani Helena zachowała wiele wspomnień z tamtych czasów. Na spotkaniu z mieszkańcami Sokołowa podzieliła się nimi. Opowiedziała o swoich rodzicach, dzieciństwie, o przedwojennej Przeździatce. My publikujemy jej wspomnienia.

 

Do Ameryki za chlebem…


„W Sokołowie nie byłam czternaście lat. Mój dawny pobyt – to tylko wspomnienia. Wiem, że mój ojciec w pewnym sensie zasłużył się temu miastu. Ale to było bardzo dawno. Mój ojciec był bardzo przedsiębiorczy. Był jednym z pięciorga dzieci moich dziadków i jedynym z synów który nie skończył wyższej uczelni. Stanisław został lekarzem, Jan adwokatem, Tadeusz ekonomistą. Mój ojciec miał tylko ukończoną maturę, ale był bardzo inteligentny. Poza tym umiał pracować. Otóż w ostatniej klasie gimnazjum szkoły tzw. Kujawskiego, późniejszej Mazowieckiej, przyjechał do domu, do dziadków. Dziadek Wacław mieszkał wówczas w Sierpcu, pracował zaś u rejenta Gurbskiego, prowadzili razem kancelarię w Płońsku. Sam nie był rejentem. Mój ojciec pokazał cenzurę nierokującą, że pomyślnie ukończy rok. Dziadek wówczas mu powiedział: „Nie pokazuj mi się na oczy, jak cenzura nie będzie taka, jak trzeba”. Ojciec wziął to sobie bardzo do serca, jadąc do Warszawy.

Dziadkowie wszystkie dzieci kształcili w Warszawie, mieszkały one na stancji, na Koszykowej, u zbankrutowanej hrabiny, potrzebującej zarabiać, która wynajmowała stancję dla młodzieży. Między innymi mieszkał tam też Ignac Matuszewski. W Warszawie ojciec umówił się ze swoją siostrą Zosią, moją ciocią, która była na pensji u pani Kurmanowej. Ciocia Zosia zamiast zapłacić pieniądze za stancję, dała je ojcu. A on pojechał do Ameryki. O jego wyjeździe nikt nie wiedział, nawet rodzice. W tamtych czasach podróżowało się zupełnie inaczej niż dziś. Najpierw trzeba było pojechać pociągiem do Hamburga, w Hamburgu należało wsiąść na statek który płynął do Dover, w Anglii, tam znów przesiąść się na pociąg, przejechać do Liverpoolu i stamtąd przesiąść się na statek płynący do Nowego Jorku. Ojciec to zrobił. Gdy rodzice dowiedzieli się o jego wyjeździe do Ameryki, babcia – wcale nie ojciec, nie dziadek – sprzedała jakieś domki (babcia była dość skromnego pochodzenia, z Biłgoraja) po swoich rodzicach i pieniądze z ich sprzedaży zostały przesłane przez księdza z Sierpca księdzu do Nowego Jorku, który kupił bilet powrotny memu ojcu do Polski. Wrócił on jak niepyszny do kraju, gdyż przez pół roku pobytu w Ameryce nic nie zdziałał.

Murmańsk…

„Mój dziadek urodził się w Lublinie, ale ożenił się w Biłgoraju i tam pracował. Jego rodzice mieszkali w Lublinie i jego dzieci chodziły tam do szkoły. Pradziad zaś był urzędnikiem Urzędu Skarbowego w Lublinie. Pracowano w kolejnictwie, wtedy były zakładane koleje Warszawa – Wiedeń, Warszawa – Petersburg, wówczas były to dobre posady. Dziadek dostał od cara nakaz wyprowadzenia się z Biłgoraja gdzie indziej, ponieważ robił akty ślubów i chrztu unitom, a unici byli prześladowani przez prawosławnych. Dziadek więc wziął żonę i dzieci i pojechał do Warszawy, gdzie wynajął mieszkanie na Nowym Świecie. Zostawił dzieci, zostawił swoją cioteczną siostrę, Sewerynę Wodzińską, która pomagała babci, a sam pojechał w Polskę szukać pracy. Znalazł ją w Sierpcu u rejenta Gurbskiego. Tam mieszkał i pracował ponad pięćdziesiąt lat. Miał też swoją kancelarię i woźnego, który nazywał się Walerski. W ten sposób mój ojciec znalazł się w Warszawie. W tej samej kamienicy, w którymś z mieszkań, mieszkali Gołońscy. Była to rodzina mojej matki. Dziadek Kazimierz Gołoński był trochę dziennikarzem, trochę pisarzem, prowadził własną introligatornię i współpracował z wydawcą żydowskim. Miał cztery córki. Do najmłodszej, Heleny, zaczął przychodzić Stanisław Malewicz, starszy brat mojego ojca, który ukończył medycynę. Był zapraszany na obiady i dobrze widziany w tym domu. Lecz wybuchła I wojna światowa. Stryj został powołany do rosyjskiego wojska, spędził na wojnie cztery lata. Wrócił w randze pułkownika. Gdy w 1918 roku powstało wojsko polskie, zmienił wojsko. Zredukowano mu stopień do rangi kapitana. W 1939 r. został powołany do wojska w randze majora i niestety, nie wrócił. Dostał się do obozu w Starobielsku i do dziś nawet nie wiadomo, gdzie jego grób.

Kiedy on wyjechał na wojnę, mój ojciec zajął jego miejsce i zaczął chodzić do tej samej panny i tę pannę mu odebrał. Rodzice się zaręczyli i w 1915 r. odbył się ślub. Ślub był bardzo cichy i skromny, ponieważ rodzice ojca znaleźli się poza linią frontu. Nie mogli przyjechać, nie mogli dowiedzieć się o tym ślubie. Wobec tego ojciec wymógł na mojej matce, że nie zawiadomi swoich trzech sióstr, bo była sierotą, już wtedy jej rodzice nie żyli. No i mama się na to zgodziła. Powiedziała później, że miała wielkie trudności z wytłumaczeniem swoim starszym siostrom, że zakłada białą suknię do ślubu. Był to dzień świętego Piotra i Pawła, kiedy zawsze była burza. Zawsze była burza, zawsze padał deszcz, a ona w białej sukni wychodzi. No i bierze ślub z moim ojcem, są świadkowie. Ślub się odbywa w kościele świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Ojciec już na drugi dzień dostał kontrakt i wyjeżdża do Rosji. Był taki młody, miał 23 lata. Matka była o rok starsza od niego, miała 24 lata. Ukończyła konserwatorium warszawskie, grała na fortepianie.

Ojciec wyjechał sam. Odbył bardzo niebezpieczną podróż. Jakaś firma inwestowała w budowę Murmańska (car w 1915 r. postanowił go zbudować jako port z dostępem do morza). Tak zaczęto budować Murmańsk, jest to fakt historyczny. Ojciec był zaangażowany w pracę dla przedsiębiorstwa, które budowało linię kolejową z Archangielska do Murmańska. Była to duża carska firma, ojciec wywiązywał się świetnie z powierzonych mu obowiązków. Matka w krótkim czasie wyjechała ze swoją rodziną Gołońskich, którzy też byli pracownikami caratu, kuzyn był jakimś urzędnikiem. Wyjechał kuzyn z żoną i trzema małymi chłopcami, matka do nich dołączyła i razem pojechali do Rosji i dojechali do Orła. Dopiero w listopadzie ojciec znalazł wolne dwa tygodnie, żeby do matki dojechać i się z nią spotkać. Dojechał do Orła i spędził z nią tydzień. I to była ich noc poślubna. Matka została sama z tą rodziną, ojciec wrócił do pracy.

Rok 1926. Pałac w Przeździatce po przebudowie. Wielokrotnie przerabiany w ciągu 200 lat istnienia teraz otrzymał balustradę wzdłuż dachu.

 

Po trzech miesiącach mama zorientowała się, że się spodziewa dziecka. Co robić? Była sama, wśród rodziny, ale dalszej. Lecz była tak odważna – o czym rodzice nieraz później wspominali – że wsiadła w pociąg – a był to już rok 1916, kiedy wojska się przemieszczały z północy na wschód i był chaos – i pojechała do Finlandii. Dojechała do jakiegoś małego miasteczka – położone ono było w tym czasie na terenie Rosji i dała znać ojcu. Ojciec wsiadł w sanie i przez zamarznięte w tym czasie jezioro Ładoga przyjechał po matkę. W tym małym fińskim miasteczku jeden jedyny raz w życiu miał wyrywany ząb. Zabrał mamę i wyjechali do Murmańska.

Rok 1926. Front pałacu w Przeździatce za kępami rosłych świerków, widziany z pola staw.

 

W Murmańsku było już 200 tys. jeńców austriackich, których wzięli do niewoli Rosjanie w czasie pierwszych walk. Ci jeńcy austriaccy budowali domy, stajnie. Jak budowano domy? Cięto drzewa, które były mokre i z nich budowano domy. Rodzice już mieli taki dom. Aby taki dom osuszyć, palono w nim tzw. kozami.
Matka dostała zapalenia reumatycznego stawów. 4 lipca 1916 r. mama urodziła przy pomocy akuszerki mojego najstarszego brata, Witolda. Szczęśliwie. Linia kolejowa została zbudowana. Rodzice przeżywali w tym czasie bardzo ciekawy moment. Po skończeniu budowy tej linii kolejowej ojciec dostał awans, a całe kierownictwo budowy tej linii zostało zaproszone do pierwszego przejazdu pociągiem.
Była to lokomotywa i wagon salonka. Podróż była piękna, lecz w pewnej chwili okazało się, że wagon był utkany suchym mchem, zapalił się od iskier z lokomotywy. W salonce było dużo osób, nie wiedzieli oni jednak, jak zatrzymać maszynistę. Zaczęli więc strzelać z rewolwerów, dubeltówek, wreszcie maszynista usłyszał strzały i stanął. Wszyscy wyszli, lecz cały wagon spłonął. Nie wiem, jak się ta historia skończyła, lecz rodzice wyszli bez szwanku. Rodzice w Murmańsku żyli 4,5 roku.

Rok 1926. Pałac w Przeździatce od tyłu. Z ogrodu, przez werandę było wejście do gabinetu właściciela, Zbigniewa Malewicza.

 

Wybuchła rewolucja w Petersburgu, ale do nich rewolucja nie dotarła, tam był spokój. Życie płynęło tak jak poprzednio. W pewnej chwili powstała Ententa w Europie, żeby bronić świat przed komuną. Połączyła się Ameryka, Francja i Anglia i nastąpił atak na Rosję, jeden od Władywostoku, drugi od Morza Czarnego, trzeci od Murmańska. Kto przyjechał do Murmańska? Przyjechali Anglicy, okręty z wojskiem, marynarzami. Zainteresowanie wszystkich tam mieszkających było wielkie, gdyż wszyscy bali się rewolucji. Mieszkańcy wyszli na nadbrzeże, także oficerowie i marynarze z okrętu i w tym momencie nastąpiło spotkanie mego ojca z komendantem tej wyprawy. Był to pułkownik angielski, Colbert. Oni skądś się znali. Ojciec jako siedemnastolatek brał udział w sportowych wyczynach w Warszawie, przy obecnej Agrykoli. Trenowali, grano w tenisa, ojciec zaś biegał na sto metrów. Siostra moja do dziś ma całą garść różnych medali z tego okresu. Ten Anglik zaś w tym czasie pracował tam jako szpieg na terenie Rosji, mówił wówczas tylko po rosyjsku i nosił rosyjskie nazwisko. I teraz okazało się, iż był on dowódcą całego tego desantu angielskiego. Tylko oni dwaj się znali, nikt poza tym. Ojciec natychmiast wykorzystał to, założył dom handlowy, gdyż już nie pracował dla kolei, bo została zbudowana, caratu już nie było, wszystko się nagle zmieniło. Ojciec miał spryt, założył dom handlowy i zaczął sprowadzać różne towary ze świata, przez Anglików. I to były jego pierwsze większe pieniądze.

Rok 1925. Stylowy dom ogrodnika w Przeździatce.

 

Mięło dwa lata od czasu tego spotkania i przyjechał okręt ze zbuntowanymi marynarzami sowieckimi, którzy objęli w posiadanie cały ten teren. Wezwali ojca do złożenia zeznań. Mówił on dobrze po rosyjsku, powiedział im, iż pokaże dokumenty, lecz musi pójść do swojego biura, prosi więc, aby z nim poszli, jeżeli chcą. Tymczasem umówił się z Colbertem, iż zabiorą na statek moją matkę, dwoje dzieci (jest już córka) i dwie służące Korelaczki. Ojciec jakoś kluczył, do tego gabinetu bolszewików wprowadził, sam zaś bocznym wyjściem uciekł na okręt. Był to okręt wojskowy. Wsiadł na statek i wszyscy odpłynęli.

 

 

 

Rok 1929. Zjazd z okazji imienin Hani Malewicz.

 

W ten sposób wyjechali z Rosji bolszewickiej. Płynąc nie wiedzieli nic – nie było wówczas telefonów, nie było radia – nie mieli więc możliwości dowiedzenia się, co się działo w Polsce. Rodzice myśleli że w Polsce jest też komuna. Płynęli miesiąc. Mama mi potem opowiadała, że czuła się jak królowa angielska, bo kucharz codziennie przychodził pytać, co by zjadła. Mama spodziewała się trzeciego dziecka, które lekarze chcieli jej usunąć przed wyjazdem. Ale nie zgodziła się. Lekarz też codziennie przychodził do mamy. Mówiła, że miała bardzo dobrą obsługę i było tak sympatycznie. Przypłynęli do Bergen, do Norwegii. Ojciec planował wysiąść w Bergen, kupić jakieś mieszkanie, poczekać, aż matka urodzi trzecie dziecko i płynąć do Ameryki. Bo już miał odwagę, już tam był, cokolwiek wiedział i uważał, że da sobie radę. Miał pieniądze. Anglicy już odpłynęli, w Bergen ojciec wychodząc z hotelu kupił gazetę. Znał niemiecki. Dowiedział się z niej, iż jest polski konsulat, polska placówka dyplomatyczna. Natychmiast tam się udał. Konsul mu powiedział: „Proszę pana, mamy Polskę od roku. Jest rok 1919. Po co pan tutaj będzie mieszkanie kupował, pan wraca do Polski”. Oczywiście, rodzice natychmiast zmienili zamiar i wrócili do Polski. Do Warszawy przyjechali w listopadzie 1919 r.

Polska i Sokołów…

 

Zbyszek Malewicz

 

Od tego czasu, kiedy Zbigniew Malewicz znalazł się w Polsce, robi w Warszawie różne interesy. Do dziś stoi w Warszawie rodzinna kamienica Malewiczów w dalszym ciągu częściowo w rękach rodziny. Ojciec mój w 1920 r. bierze udział w bitwie pod Radzyminem. Podczas wojny bolszewickiej mamie umiera trzecie dziecko na biegunkę, moja starsza siostra. Ojciec wraca z wojny, życie się normuje i dostaje zamówienia rządowe dla wojska. Nie wiem, jak dostał te zamówienia, gdyż nie znał nikogo, budował hangary lotnicze, szył kożuchy dla armii. Był szalenie rzutki i wywiązywał się z powierzonych mu zadań. W tym czasie rodzice kupują letnisko pod Urlami, które nazywało się Zacisze. Tam przychodzi pan Jan Niewiadomski i mówi: Proszę pana, tu jest taki majątek do sprzedania. Proszę się zainteresować. To była właśnie Przeździatka. Ojciec się zainteresował, no i kupił tę Przeździatkę. Był to rok 1924. Dwa lata ją remontował. W tym czasie Przeździatka została wydzierżawiona na dwa lata doktorowi Edwardowi Perłowskiemu (wujowi obecnego męża pani Heleny Chądzyńskiej) który też próbował się tam ulokować.

Rok 1926. Sabnie pp. Moniuszków. Jadwiga Gołońska z pieskiem na ręku, ksiądz Leon Pióro, na lewo Helena Malewicz, na prawo Józefa Moniuszkowa z córeczką Lilą, przed Heleną Malewicz jej córka Hania.

 

Wspomina mąż pani Heleny, Adam Kontowt: „Moja matka, Czesława, siostra doktora Edwarda Perłowskiego, wyszła za mąż za inżyniera Tomasza Kontowta. Ślub odbył się w Sokołowie, w kościele świętego Michała (obecna Konkatedra) a wesele w Przeździatce która wtedy była dzierżawiona przez jej brata Edwarda. Edward Perłowski miał „wilczy bilet” za udział w strajku w gimnazjum pod Warszawą, nie mógł zdawać matury w Polsce i wyjechał do Rosji. Tam zdał maturę i w Odessie skończył medycynę. Następnie przyjechał do Sokołowa, gdzie osiadł i otworzył oddział ginekologiczno-położniczy. Przez jakiś czas współpracował z nim jego brat, Włodzimierz, który podczas okupacji niemieckiej został aresztowany i wywieziony do Oświęcimia, gdzie spędził dwa lata. Po wyjściu z Oświęcimia Włodzimierz wrócił do Sokołowa i dalej pracował ze swoim bratem Edwardem. Ponieważ władze komunistyczne nieprzychylnie patrzyły na Perłowskich, Włodzimierz wyjechał do Zakroczymia gdzie już pozostał do końca życia, a Edward do Żegiestowa i do Krynicy Górskiej, gdzie spędził około dwóch lat. Edward wrócił do Sokołowa gdzie pracował aż do śmierci. Potomkowie rodziny Perłowskich do dzisiaj mieszkają w Sokołowie.”

Rok 1926. Na bryczce z Marysią na kolanach ogrodnik, Jan Niewiadomski, za nim Maria Gołońska, obok gosposia, na ganku kucharz.

 

Wspomina siostrzeniec pani Heleny, Andrzej Perłowski: „Najstarsza córka Zbigniewa Malewicza – Hanna, wyszła za mąż za doktora, Antoniego Perłowskiego. To byli moi rodzice. Obie rodziny dobrze się znały a Antoni wcześnie zaprzyjaźnił się z dziećmi Zbigniewa. Ojciec jako lekarz w ciągu wojny pomagał partyzantom (nosił pseudonim "Korybut", dziadek zaś, Edward Perłowski – pseudonim "Ojciec"). Po wojnie siedział w wiezieniu. Z więzienia komuniści wypuścili go w roku 1954. Pracował potem w Krynicy i Żegiestowie. W latach sześćdziesiątych wrócił do Sokołowa i pracował w Przeździatce która wtedy była używana jako szpital. W Sokołowie prowadził praktykę lekarską aż do śmierci. Także moja siostra, Mirosława Perłowska po ukończeniu medycyny pracowała w Sokołowie jako lekarz. Ja natomiast mieszkam w USA od 1958 r.”












Dziecięce wspomnienia z Przeździatki

 

Rok 1926. Od lewej u góry: Helena i Apolonia Malewiczowe, Kazimiera i Jadwiga Gołońskie. U dołu: madame Boruteau, Zofia Jemielewska i panna Butarewicz.

 

Pomiędzy mną a starszą siostrą Marią było sześć lat różnicy. Stworzyło to pewien przedział między nami. W tamtym czasie mama koniecznie chciała, aby guwernantką była Francuzka. Byłam ciągle nazywana Dzidzią, ponieważ nie miałam nadanego przez dziewięć miesięcy imienia. I do dzisiaj jestem w rodzinie nazywana Dzidzia, nie Helena. Kiedy wreszcie rodzice wyremontowali pałac w Przeździatce – to trwało dwa lata – pierwszym wydarzeniem towarzyskim był mój chrzest. Miałam dziewięć miesięcy i chrzcił mnie ksiądz kanonik Retke. Znalazłam jego grób na Powązkach w Warszawie, został tam pochowany. Następnie jakiś czas był ksiądz Mazurkiewicz, a potem ksiądz Stanisław Joszt, który udzielał ślubu mojej siostrze. Jedno ze wspomnień łączy nas bardzo z Adamem (obecnym mężem pani Heleny). Otóż, kiedy moja siostra wychodziła za jego ciotecznego brata Antosia – był to rok 1938, ślub odbył się 20 września – pan Niewiadomski dekorował kościół w Sokołowie, odbyło się u rodziców duże przyjęcie na którym było ponad sześćdziesiąt osób. Stoły na przyjęcie były ustawione w ten sposób: długi stół ustawiono przez stołowy pokój i w bok do oranżerii, do której drzwi zostały wyjęte. Na tej odnodze do oranżerii, na samym końcu siedział mój młodszy braciszek i on. Mnie też tam posadzili. Ja już miałam pierwszą długą sukienkę, już szłam w orszaku, w trzeciej parze z doktorem Leśniewskim. Jeszcze wtedy nie był doktorem, był oficerem. Bardzo mi to imponowało, bo miał takie żółte pasy na spodniach i był wojskowym. Na końcu stołu kelnerzy stawiali niedopite butelki z alkoholem, z winem. No i mój brat z Adamem pozwolili sobie porządnie napić się. Zwłaszcza mój brat wtedy bardziej się napił, miał on wtedy lat jedenaście. Po prostu się upił. Co oni tam wyprawiali – nie wiem, gdyż na nich nie zwracałam już więcej uwagi. To nie było wtedy moje towarzystwo.
Ja byłam zainteresowana tym, żeby potańczyć. Adam pamięta, ja już zapomniałam, że była wojskowa orkiestra, panowie ubrani we fraki, piękny salon, a ci dwaj gdzieś pojechali...

Rok 1926. Helena Malewiczowa z siostrą Jadwigą Gołońską w parku

 

Pan Adam Kontowt opowiada: „W pewnym momencie zobaczyłem, że Zbyszkowi szumi wódka w głowie, więc wyszliśmy i wsiedliśmy na rowery. Myślałem, ze wytrzeźwieje. Ale za kuchnią zaczął on na okrągło jeździć i nie mógł prosto pojechać. Zsadziłem go z tego roweru i poprowadziłem na ganek. W pewnym momencie uciekł mi z tego ganku i pobiegł w kierunku stawu. Znikł mi z oczu. Zląkłem się, że mógł się utopić. Zacząłem krzyczeć: Ratujcie dziecko! No i znaleźli go pod krzakiem, przewróconego, półprzytomnego...”

Mój najmłodszy - ukochany - brat, bohatersko walczył w powstaniu, gdzie prawie zginął od ran z niemieckiego granatu. Po wojnie skończył wydział leśnictwa na SGGW, całe życie miał masę przyjaciół, wychował trójkę wspaniałych dzieci.

Rok 1926. Brydż w oranżerii. Od lewej: Jan Malewicz, Janusz Jemielewski, jego żona Zofia z Malewiczów, Leon Butarewicz, Zbigniew Malewicz, Tadeusz Malewicz (stoi), Helena Malewicz, Jadwiga Gołońska   starsza siostra Heleny.

 

Dom nasz był cudowny, chociaż śmieszyło nas to, że gdy goście po raz pierwszy przyjeżdżali do nas, nie wiedzieli, czy iść korytarzem w prawo czy w lewo. Dla nas to było takie proste: w tę stronę, czy w tamtą. Dom był bardzo duży, miał dwadzieścia pokoi, dużo przejść, holi. W domu mieszkała oprócz rodziców zawsze ciotka Jadwiga, starsza siostra mojej mamy. Pracowała dla ojca, prowadziła kasę na tartaku. Zaopiekowała się ona takim chłopcem, Tchórzewskim, który pochodził z bardzo biednej rodziny. Przychodził on do niej do tartaku. Ciotka przerabiała z nim lekcje, dzięki czemu w szkole był bardzo dobrym uczniem. Zamówiła mu ubranko u krawca, bardzo się o niego troszczyła. Ten chłopczyk zachorował na jakąś chorobę i zmarł. Jego grób jest na cmentarzu w Sokołowie. Po jego śmierci matka tego chłopca prosiła ciotkę, że jest jeszcze jego młodsza siostra, aby jej pomóc, lecz ona nie chciała się uczyć i nie warto było się nią zajmować. Ciocia haftowała piękne obrusy do kościoła, komże. To wszystko się spaliło w 1944 r.

Rok 1926. Stoją od lewej u góry: Maciej Stroynowski, jego mama Jadwiga z Malewiczów, Leon Butarewicz i Zbigniew Malewicz. Siedzą od lewej: Apolonia Malewicz, Zofia z Malewiczów, Jemielewska, Jadwiga Gołońska, Buterewiczówna (?). U dołu siedzą: Janusz Jemielewski   mąż Zofii i Tadeusz Malewicz, brat Zbigniewa oraz myśliwska wyżlica   Alfa. Scena przy korcie tenisowym.

 

Wracając do mego ojca, Zbigniewa Malewicza, ważnym i najdłuższym etapem w jego życiu była Przeździatka i sukcesy gospodarcze, jakie tutaj odnosił. Takim sukcesem ekonomicznym dla ojca było prowadzenie wzorowego gospodarstwa. Ponieważ ojciec nie kończył rolnictwa, sprowadził sobie do biblioteki niemieckie książki, by się nauczyć pewnych rzeczy. Zatrudnił administratora do majątku, pana Bogusza, a do lasu – pana Józefa Wojciechowskiego, który był wspaniałym gospodarzem. Pan Wojciechowski miał pięcioro dzieci, w tym trzy córki: najmłodszą Jadzię, Teresę i Irkę. Kiedy Niemcy w styczniu 1940 r. wyrzucili nas z pałacu, zamieszkaliśmy w cukrowni. Ojciec poprosił jednego z urzędników, pana Zielkiewicza o ściśnięcie się z rodziną Postolków. Pan Postolko był kiedyś kierownikiem biura, ale w tym czasie już nie pracował, tylko mieszkał. Zajęliśmy czteropokojowe mieszkanie. Co było robić w święta? Był nauczyciel, który pochodził z Poznania – w listopadzie 1939 r. do Sokołowa wysiedlono około 4 tys. poznaniaków, między innymi panią Chłapowską. Wśród nich ojciec znalazł pana Zygmunta Mencla, dwudziestoośmioletniego asystenta z wydziału języka polskiego z uniwersytetu poznańskiego. Przychodził on codziennie do nas i nas troje uczył: córkę stryja, Zosię, brata Zbyszka i mnie. Mieliśmy jeden pokój, gdzie stały pod ścianami trzy łóżka: brata, Zosi i moje. W cukrowni nie było kanalizacji, co dla nas było szaloną atrakcją, gdyż pierwszy raz zetknęliśmy się z tym, że trzeba było chodzić za potrzebą na podwórko. Trwało to dwa lata. Po dwóch latach została odbudowana kamienica w Warszawie, której cały front został spalony w 1939 r. Ojciec zajął się cukrownią, którą Niemcy kazali mu dalej prowadzić. Dopiero w marcu 2009 r. dowiedziałam się, jaki odważny był mój ojciec. Otóż nawiązał on kontakt z Olgierdem Iłłakowiczem, który był wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Cukrownictwa i zorganizowali sprzedaż cukru, której dochód szedł na rzecz Narodowych Sił Zbrojnych. Były to bardzo duże sumy. Do dziś zachowała się książka, w której wymieniono te kwoty. Ponieważ NSZ były prześladowane i źle widziane przez londyński rząd i Sikorskiego oraz źle widziane przez komunę, bo to była antykomunistyczna organizacja, o tym się nie mówiło. Jest to dowód na to, iż całe to środowisko w okresie okupacji zapisało piękną kartę, łożyło na różne akcje wojenno-okupacyjne. Była taka organizacja paramilitarna „Uprawa i tarcza”, lecz ojciec nam o tym nie mówił ze względu na bezpieczeństwo, czy należał do niej, czy nie. Pamiętam, jak pewnego razu ojca wezwało w Warszawie, na ul. Szucha gestapo. Myśmy drżeli i nawet nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Ojciec wrócił od nich, lecz do końca wojny jeździł stale co tydzień na trasie Warszawa – Cukrownia. Miał szofera Marcjaniuka, bardzo przyjemnego młodego chłopaka, który brał udział w powstaniu, lecz co się z nim później stało, tego nie wiem.

Rok 1929. Zbigniew Malewicz (pierwszy z lewej) dogląda budowy młyna w Przeździatce

 

Ja zdałam maturę na kompletach w czerwcu 1944 r. na Pensji im. hr. Cecylii Plater-Zyberk, przed wybuchem powstania warszawskiego. Należałam również do wojskowej służby kobiet AK, o czym wówczas ojciec i mama nie wiedzieli. Miałam swój punkt sanitarny, swoją torbę sanitariuszki i opaskę z czerwonym krzyżem. Skończyłam kurs dla sanitariuszek i przygotowana byłam na powstanie. Ojciec do mnie powiedział: – Słuchaj, ja jadę do Sokołowa, odwiedzisz ciotkę Jadwigę, pobędziesz u niej tydzień, za tydzień zabiorę was obie do Warszawy. I pojechałam. Zabrałam trzy letnie sukienki i letnie pantofle ze sobą. Ojciec już nie wrócił. Gdy w następnym tygodniu jechał z powrotem, Niemcy go zatrzymali w Mińsku Mazowieckim i powiedzieli, że żaden samochód na wschód już nie jedzie, bo bolszewicy przekroczyli granicę Polski przedwojennej. Armia Czerwona tak szybko się posuwała, że ojciec nie ryzykował już wyjazdu. Nie mógł zresztą, nie puścili go Niemcy. Rodzice przebywali w Warszawie przez cały okres powstania warszawskiego. Mój młodszy brat został bardzo ciężko ranny. Miał 17 lat, w nogi otrzymał 27 ran. Ponieważ ja w tym czasie byłam w Sokołowie z ciocią i nie mogłam dostać się do Warszawy, z tego powodu nie wzięłam udziału w powstaniu. Gdy już nie mogłyśmy przebywać na terenie gminy, przyjechałyśmy do Jadowa. Jeden raz wezwało mnie nawet NKWD, jako jedyną przedstawicielkę rodziny pytając: Gdzie rodzice? Gdzie ja pracuję? Te pytania mnie śmieszyły, rozmawiając z nimi byłam pewna siebie. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mi może grozić. Mogli mnie wysłać na Syberię czy gdzieś do kopalni.

Czasy powojenne

 

Rok 1936. Po polowaniu: Helena Malewiczowa i Czesław Michałowski (Minister sprawiedliwości)

 

Po wojnie delegacja robotników z cukrowni odszukała ojca. Przyjechali i prosili ojca, aby wrócił do Sokołowa i prowadził nadal cukrownię. Ojciec im odpowiedział: – Słuchajcie, to jest niemożliwe. Mnie już nikt nie zaakceptuje. Następnie mój ojciec przez osiem lat ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem, gdyż szukało go UB. Przypuszczam, iż chodziło o kontakty ojca z organizacją Narodowe Siły Zbrojne. Po ośmiu latach, gdy do władzy doszedł Władysław Gomółka, ojciec poszedł do niego i powiedział, kim jest i prosił o wyjazd do syna Witolda, bo mój brat był wtedy w Ameryce. I tak się też stało. Rodzina wyjechała do Ameryki.








O Sokołowie, który zapamiętała


Z mieszkańców Sokołowa znałam państwa Sochanowskich i Orłowskich. Pan Orłowski miał aptekę, pan Sochanowski był sędzią. Pani Sochanowska, osoba już w bardzo podeszłym wieku, podczas nalotów i bombardowania Sokołowa w 1944 r., gdy zobaczyła płomienie ogarniające miasto, bardzo to przeżyła. Pamiętam panią Scypionową i pana Michała Scypiona którzy bywali u moich rodziców. Co się stało z ich domem, nie wiem. Pani Scypionowa posiadała centrum Sokołowa, przecież do XIX wieku było to prywatne miasto. Oni po wojnie mieszkali w Katowicach i jeszcze spotykali się z moimi rodzicami.

Rok 1934. Po polowaniu. Tadeusz Malewicz ze zdobyczą

 

W 1928 r. odwiedził Sokołów Francesco Marmaggi, ówczesny nuncjusz papieski, który specjalnie przyjechał poświęcić Gimnazjum Salezjanów, dlatego, iż podczas swojej kariery duchownej przeszedł przez szkołę Salezjanów. Cały powiat wziął w tej uroczystości udział. Były piękne banderie – trzy oddziały, przebrane w stroje wypożyczone z Teatru Wielkiego w Warszawie. Był oddział szwoleżerów, oddział krakusów. Mój brat Witold przebrany był w strój pazia. Księża biskupi wzięli go za dziewczynę. Miał on 16 lat. Rządca Nowej Wsi, pan Pietraszko, był przebrany w strój szlachcica. Kardynał Marmaggi przyjechał w towarzystwie biskupa Przeździeckiego z Siedlec. Przesiadają się oni z samochodu – ta brama jest na wysokości cukrowni – i wita go ksiądz Jan Ślusarczyk, który był dyrektorem Salezjanów oraz przyjacielem rodziców i mój ojciec, Zbigniew Malewicz. Była to wspaniała uroczystość. Przesiedli się następnie do landa – do dwustronnego dużego powozu, udekorowanego przez pana Jana Niewiadomskiego, który przyjechał do Przeździatki z Drozdowa, od państwa Lutosławskich. Są wianki z chabrów i w nie są wplecione buldenerze. Nawet wszystkie szprychy udekorowane były w tym pojeździe. Była to niesamowita dekoracja. Kwiaty wręczała moja starsza siostra, Hanka, późniejsza Perłowska. Stangretem wówczas był u nas Stanisław Noszczak. Jego córka była chrzestną córką mojego ojca.

Pan Niewiadomski był świetnym fachowcem, naszym ogrodnikiem i mieszkał w domku pobudowanym w stylu gotyckim. Ogrodzenie całe tego terenu było wykonane też w tym samym stylu, śliczne. Niestety, domek nie wiadomo czemu, został rozebrany i dzisiaj po nim zostało tylko wspomnienie. Przyjacielem domu był także Leon Butarewicz. Był on z ramienia cara dyrektorem budowy kolei na odcinku Archangielsk – Murmańsk. Ten Polak tak się zaprzyjaźnił z rodzicami, że po wojnie przyjeżdżał do Przeździatki i został moim chrzestnym ojcem. Był aresztowany w Rosji w czasie rewolucji, siedział w więzieniu jakiś czas.

Ojciec urządzał cztery razy w roku wspaniałe polowania. Zdarzyło się pewnego razu, iż jeden z sąsiadów, będąc na polowaniu zrobił dubleta do zajęcy i zmarł. Czy to był pan Tyborowski czy ktoś inny, nie wiem. Była to dla rodziców nieprzyjemna historia. Podczas wizyt gości, my, dzieci, nie uczestniczyliśmy w spotkaniach. Mieliśmy nauczycielkę i siedzieliśmy w swoim pokoju. Nawet nam obiad czy kolację przynoszono do pokoju. Dopiero gdy byliśmy starsi, siadaliśmy z gośćmi do stołu. Ja nie zawsze widziałam moją mamę. Z okolicznych dworów spotykaliśmy się z młodzieżą, z czterema starszymi od nas pannami z dworu w Kupientynie, następnie z rodziną Moniuszków z Sabni, byli oni najbardziej zżyci z nami. Skończyło się to nawet małżeństwem mojej bratanicy z wnukiem pani Moniuszkowej. Była to najbliższa przyjaźń i Lila Moniuszkówna przyjeżdżała do Przeździatki nieraz na dwa tygodnie do nas. Ja poszłam do Rabki do sióstr nazaretanek i ona też. Nieważne było to, iż uważano, że dwór w Sabniach był skromny, a dwór w Przeździatce zamożny. Pani Moniuszkowa szalenie mnie lubiła i zawsze upatrywała na synową. Ale tak się nie stało.

Utkwił mi w pamięci pewien epizod z 1939 r. Na ganku w Przeździatce siedzi ksiądz kanonik Joszt, pani Moniuszkowa, moja matka, mój ojciec i ktoś jeszcze. Kłócą się, bo pani Moniuszkowa, moja mama i ksiądz Joszt uważają, że Polska sobie poradzi, gdy wojna wybuchnie. A mój ojciec trzeźwo i twardo mówi: – Nie damy sobie rady. Pokonają nas. To jest niemożliwe. Nie to, że nie wierzył w Polskę. Był po prostu takim realistą. Rodzice co roku jeździli za granicę i ojciec zdawał sobie sprawę z groźby, jaka nad Polską wisi.

Dzieci i wnuki pani Heleny Chądzyńskiej interesują się historią rodziny. W zeszłym roku wraz z żoną przebywał w Sokołowie wnuk pani Heleny, Maciek, który odwiedził i obejrzał pałac w Przeździatce. Korzenie zawsze będą przyciągać, nieważne, gdzie byśmy nie byli, czy to będzie Ameryka czy Polska.