Zginęli w imię wolności

Historia Stefanii i Jana Główków

Jest na cmentarzu w Zembrowie kilka grobów z okresu II wojny światowej. Wśród nich nagrobek pamięci Stefanii i Jana Główków. Ich historia znana coraz mniejszej liczbie osób z czasem też może stać się legendą z podlaskiej ziemi. Warto więc ocalić od zapomnienia tragiczne wydarzenia, które miały rzeczywiście miejsce.
Jeszcze niedawno około 150 metrów na północ od kościoła w Zembrowie, w polu, leżała zwykła cementowa płyta, z niezbyt starannie wyrytym  napisem:  „Stefania Główka – zginęła w imię wolności”. W ten sposób zembrowscy harcerze pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku uczcili miejsce śmierci i pamięć osoby, która  na pamięć i podziw jak najbardziej zasłużyła. Dzisiaj nie ma już płyty, czas skruszył nietrwały materiał, z którego była wykonana. 
Żyją jeszcze niektórzy świadkowie tamtych wydarzeń, inni przed śmiercią zdołali opowiedzieć o tym, co wydarzyło się w zabudowaniach, po których dzisiaj w polu nie pozostał najmniejszy nawet ślad. W najbliższym sąsiedztwie tamtego miejsca mieszka dzisiaj, tak jak i wtedy, pan Franciszek Lewczuk. W 1944 roku miał 14 lat i wiele pamięta. Opowiedział on harcerkom z 36 Drużyny Harcerskiej im. T. Kościuszki przy Szkole Podstawowej w Zembrowie o tym, co w lipcowy dzień 1944 roku wydarzyło się w najbliższej okolicy i miało tragiczny finał na podwórku jego sąsiada i przyjaciela. 
Majątkiem w Paulinowie, Kurowicach i tzw. Seroczynku zarządzał wtedy z nakazu Niemców Sulerzycki. Pochodził on z Poznańskiego. Kiedy 6 XII przyczynił się do śmierci legendarnego „Wichury”, partyzanci z Armii Krajowej wielokrotnie podejmowali przeciwko niemu akcje odwetowe. Jedna z nich miała bardzo tragiczny przebieg i finał.
Był 4 lipca. Tym razem zamach zaplanowano  na tzw. granicy, czyli między polami Zembrowa i Paulinowa, przy głównej drodze na wysokości końca lasu Borki. Ostatecznie patrol bojowy AK zajął stanowiska po obu stronach drogi zaraz za Zembrowem, na wysokości małego lasku, wtedy i teraz zwanego Olszynką. Stary Lewczuk, ojciec pana Franka, gonił krowę na pastwisko  i widział partyzantów oczekujących na bryczkę. Kazali mu „trzymać język za zębami”. W czasie akcji zginął woźnica Sulerzyckiego, a Niemca z ochrony raniono. Jadący bryczką podjęli walkę. Ostrzeliwali się, rzucili granat. W wyniku tego kontrataku partyzant „Wawer” był ranny. Najpierw zaniesiono go do  zagrody Główków, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy. Następnie Jan Główka razem z synem zawieźli rannego partyzanta na Dąbrówkę, wieś oddaloną nieco od głównej drogi, żeby go ukryć i żeby lekarz udzielił mu pomocy. Partyzant ocalał, przeżył wojnę.
Podobno Monika D. , mieszkająca niedaleko za cmentarzem, na początku lasu Borki, widziała jednego partyzanta, domyśliła się, gdzie szukali oni schronienia i doniosła Niemcom. Niemcy pytali się Stefanii Główki, gdzie mąż. Odpowiedziała im, że pojechał po siano. Zatrzymali go w drodze powrotnej do domu i zabrali do więzienia w Sokołowie. Żonę bardzo torturowali i umęczoną zastrzelili za stodołą. Troje dzieci schroniło się u wuja Oksięciuka, brata matki. W dalszej kolejności Niemcy zarekwirowali cały dobytek Główków, grozili też, że spalą wszystkie zabudowania po sąsiedzku, a więc gospodarstwa Lewczuków i Młynarczuków. Na szczęście, tak się nie stało.
Jana Główkę przewieziono do Treblinki, gdzie zginął. Nagrobek na cmentarzu w Zembrowie to grób symboliczny tego bohatera. Ciało jego żony leżało kilka dni za stodołą, zanim Niemcy pozwolili na pogrzeb. Na miejscu śmierci woźnicy, Karola Jóźwiaka, postawiono krzyż. Stoi do dzisiaj.
Monika D., której współpraca z Niemcami przyczyniła się do tych tragicznych wydarzeń, została wyrokiem Armii Krajowej zastrzelona w lesie koło Hilarowa.

Jadwiga Ostromecka


Ci, co zostali…
Po tragicznej śmierci Stefanii i Jana Główków trojgiem osieroconych dzieci zaopiekowała się rodzina.
Najstarszy, czternastoletni Jan, który tamtego lipcowego dnia odwoził z ojcem rannego partyzanta, schronił się u rodziny Lebudów w Sterdyni, a potem u rodziny Oksięciuków w Zembrowie. Po wyzwoleniu podjął przerwaną przez wojnę naukę w gimnazjum w Sterdyni oraz w Salezjańskim Gimnazjum w Sokołowie Podlaskim. Następnie zgłosił się na ochotnika do wojska i został skierowany do Torunia do Oficerskiej Szkoły Artylerii, którą ukończył w stopniu podporucznika. Z zawodowej służby wojskowej odszedł na emeryturę w 1979 roku w stopniu podpułkownika. Obecnie wraz z rodziną mieszka w Siedlcach.
Eugenia, średnie dziecko Stefanii i Jana, przez kilka powojennych lat pozostawała pod opieką rodziny Oksięciuków. Następnie wyjechała do Warszawy, gdzie ukończyła szkołę krawiecką i podjęła pracę zawodową. W Warszawie założyła rodzinę i mieszka tam do dziś.
Najmłodszy z trójki rodzeństwa, Stanisław, w chwili śmierci rodziców miał pięć lat. Wkrótce po zakończeniu działań wojennych oddany został do Domu Dziecka w Gostyninie. Ukończył tam szkołę podstawową i liceum. Dzięki wybitnym zdolnościom w kierunku nauk ścisłych został skierowany na studia do Leningradu. Po ich ukończeniu powrócił do Polski, prowadził działalność naukową w PAN, napisał pracę doktorską z dziedziny fizyki jądrowej. Zmarł w Warszawie w 1991 roku.

Wspomnienia
Był upalny lipiec 1944 roku. Trwała jeszcze II wojna światowa, ale coraz częściej mówiono we wsi o zbliżającym się froncie i o rychłym rozgromieniu Niemców, a nocami zza Buga słychać było huk dział. W okolicy opowiadano o śmiałych akcjach organizowanych przez oddziały AK. Miałem wtedy czternaście lat i najwięcej dowiadywałem się od starszych kolegów oraz z podsłuchanych rozmów dorosłych – mamy, ojca, stryja, zaprzyjaźnionych sąsiadów. Przed nami, dziećmi, skrzętnie ukrywano informacje o działaniach partyzantów.
Dobrze pamiętam dzień, w którym straciliśmy na zawsze naszych rodziców. Kiedy zaprzężonym wozem wracałem z tatą do domu, zatrzymał nas oddział uzbrojonych po zęby Niemców. Jeden z nich kazał tacie zsiąść z furmanki, a mnie polecił wracać do domu. Wtedy widziałem po raz ostatni mojego ojca…
Wiedziony intuicją i niewiarą w dobre intencje hitlerowców, nie pojechałem do domu, lecz udałem się do pobliskiej Sterdyni, gdzie mieszkała moja ciotka, Kazimiera Lebuda. Tutaj znalazłem opiekę i schronienie. Nie wiedziałem jednak, co dzieje się z moimi najbliższymi. Dopiero po kilku dniach z Zembrowa dotarła tragiczna wiadomość, że mamę zamordowali Niemcy, a tata został osadzony w sokołowskim więzieniu. Równocześnie nadeszło ostrzeżenie, że Niemcy rozpytują we wsi o miejsce mojego pobytu. Nie wiedziałem, co dzieje się z młodszym rodzeństwem. Moje serce przepełniał niepokój o losy siostry i brata. Przecież teraz ja miałem zastąpić im ojca i matkę. Wkrótce dowiedziałem się, że tata został przewieziony do obozu w Treblince, skąd nikt żywy nie wracał…
Ciotka i wujek odradzali mi powrót do domu, ale tęsknota za rodzeństwem okazała się silniejsza. Uspokoiłem się dopiero wtedy, gdy zobaczyłem, że dzieci są całe i zdrowe. Z rodziny pozostaliśmy tylko my - osieroceni, ale znów razem. Zaopiekowała się nami żyjąca jeszcze wtedy babcia, a dachu nad głową użyczyła rodzina Oksięciuków.
Przed zbliżającym się frontem, jak wszyscy mieszkańcy Zembrowa, ukryliśmy się w pobliskich lasach.
Nadeszło wyzwolenie i wróciliśmy do wsi. Wtedy po raz pierwszy mogłem odwiedzić grób matki. Poczułem rozpacz i ogromną samotność.
Jednocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, jak wielu ludzi zawdzięcza życie mojej mamie. Wiedziała bardzo dużo o przynależących do AK, o działaniach partyzantów, którym często sama udzielała pomocy. Torturowana i skatowana przez hitlerowskich oprawców, nikogo nie wydała. Jej bohaterska postawa uchroniła całą wieś przed spaleniem. Zginęła w imię wolności, składając swoje życie na ołtarzu Ojczyzny.

Jan Główka


„By czas nie zatarł i niepamięć…”
Jak sięgam pamięcią, w mojej rodzinie zawsze żywe były wspomnienia o rodzicach taty. Wspólne wyjazdy na cmentarz do Zembrowa, kwiaty i płonące znicze na grobie babci, chwila zadumy… Pamiętam jak podczas jednej z wypraw do Zembrowa, tata pokazał mi miejsce, gdzie stał jego rodzinny dom. Wtedy rosło tam już tylko kilka jabłonek, ale wiedziałam, że to właśnie tu rozegrała się tragedia rodziny Główków, to tu męczeńską śmiercią zginęła moja babcia Stefania. Łamiący się głos taty i łzy w jego oczach zastępowały słowa.
Wielu przeżyć mnie, kilkuletniej dziewczynce, dostarczył pierwszy pobyt w Treblince, którą potem odwiedzałam wiele razy. Dziecięca wyobraźnia podpowiadała mi, że tu jest grób mego dziadka, chciałam go odszukać. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że zmarły może nie mieć grobu…
Od mamy usłyszałam, że Treblinka to wielki, wspólny grób setek tysięcy ludzi i miejsce uświęcone ich krwią. Pamiętam jak ostrożnie stawiałam dziecięce stópki na tej umęczonej ziemi. Po latach wszystko, czego dowiedziałam się o tragicznej historii mojej rodziny ze strony taty, przekazałam swoim córkom, „by czas nie zatarł i niepamięć…”.

Grażyna Czaplejewicz – Główka