Trzeba mieć swoje gniazdo

Grażyna Jeromin-GałuszoZ GRAŻYNĄ JEROMIN-GAŁUSZKĄ, autorką Folwarku Konstancji, pierwszego tomu sagi Dwieście wiosen, rozmawia Stanisław Bubin.
Mocno pani się wczuwa w losy swoich bohaterów? Kto zazwyczaj jest pierwszym czytelnikiem pani tekstów?
Bardzo. Wszystko z nimi przeżywam: i to co złe, i to co dobre. Widzę ich gesty, reakcje, czuję klimat, więc może aż za bardzo, ale nic już na to nie poradzę. Pierwszym czytelnikiem moich tekstów jest redaktor w wydawnictwie.
Dotychczasowe pani książki opisywały świat współczesny, do którego mogliśmy się odnieść i sprawdzić, czy jest wiarygodny. Teraz, za sprawą cyklu Dwieście wiosen, przenieśliśmy się do XIX wieku. Co panią skłoniło do zanurzenia się w historii? Dlaczego akurat w tej epoce? No i czy konsultowała się pani z historykami zawodowymi?
W pierwszym tomie cyklu Dwieście wiosen jesteśmy w XIX wieku, ale drugi to już początek XX, potem wojna i tak dalej, także z tomem piątym mam zamiar dotrzeć do XXI, zgodnie z tytułem przewodnim całości. U podstaw tego projektu leży dawno temu zrodzony pomysł, żeby przedstawić historię pewnego miejsca od początku. W tym przypadku jest to historia Osady w dolinie rzeki, od momentu, gdy dziedzic Andrzej Konarski wymyślił, że zbuduje w niej mały folwark dla swej młodszej siostry, aż do dnia dzisiejszego. Historia zamknięta czasową, ale też i swego rodzaju metaforyczną klamrą, pozwoli czytelnikowi – taką mam nadzieję – przywiązać się i z zapartym tchem śledzić losy nie tylko poszczególnych bohaterów, ale i następujących po sobie pokoleń. Jeśli chodzi o konsultacje historyczne, to teraz mamy takie cudowne czasy, że bez wychodzenia z domu możemy się dowiedzieć, jakie menu serwowała Adria w przedwojennej Warszawie, powiedzmy któregoś tam stycznia 1927 roku. Jeśli więc chodzi o wiedzę merytoryczną, a więc między innymi, ile trzeba było zapłacić za kieliszek wódki w karczmie w drugiej połowie XIX wieku, ile kosztował pogrzeb i jakie były miary, wagi, waluta w poszczególnych okresach, to internet bardzo mi pomógł. Jednak żeby wejść w klimat epoki, w pewne niuanse z nią związane, musiałam sporo przeczytać. Opracowania, wspomnienia, zapiski ze starych kalendarzy, ale i powieści. Teraz, przy pracy nad trzecim tomem, obejmującym lata 1922-1944, dojdzie do tego ustny przekaz, a więc rozmowy z osobami, które jeszcze coś z tego okresu pamiętają. I to chyba będzie najlepszy sposób na wiarygodne przedstawienie realiów. W najbliższych planach na przykład rozmowa ze studwuletnią panią, która przyszła na świat w tej samej wsi, w której ja się urodziłam i do tej pory mieszkam.
Jakie trudności napotykała pani w trakcie zbierania materiałów? Czy inspiracją były losy rodziny, czy też to fikcja, niemająca nic wspólnego z doliną Radomki, w której pani mieszka?
Czas i cierpliwość to jedyne ograniczenia, bo źródeł, którymi można się wspierać przy budowaniu tego rodzaju historii, jest mnóstwo. Ja dotarłam tylko do jakiejś maleńkiej części, jednak moja nieokiełznana wyobraźnia pozwoliła mi się w tej namiastce swobodnie poruszać. Dolina Radomki zagrała tu zapewne pierwsze skrzypce, w sensie inspiracji (bardzo często inspirują mnie miejsca), ale cała sfera fabularna to już oczywiście fikcja.
Czy tworząc I tom, dziejący się – z udziałem tych samych bohaterów – w dwóch równoległych przestrzeniach czasowych, po 1815 i po 1865 roku, opierała się pani na źródłach?
Fakty historyczne, te ogólnie znane i mniej znane, czyli oparte na rozmaitych źródłach, stały się tłem czasowym historii dziejącej się na pewnej ograniczonej przestrzeni. Tak to mogę powiedzieć. Wykorzystałam z tych źródeł, ile mogłam, by opowieść była wiarygodna i miała swój klimat.
Konstrukcja książki jest ciekawa: teraźniejszość to lata po powstaniu styczniowym, a przeszłość sprzed półwiecza określa pani słowem „dawniej”. Na pierwszy plan wysuwa się Konstancja Konarska, właścicielka folwarku, którą obserwujemy raz jako 30-letnią kobietę, raz jako 80-letnią staruszkę. Dzięki temu możemy śledzić losy bohaterów w młodości i dowiadywać się, co z nimi było później. Jak pani wpadła na ten pomysł?
Ja na ten pomysł nie wpadłam, ja to robię prawie zawsze, bo uwielbiam taką konstrukcję. Budując pewną historię, przedstawiam ją zwykle dwutorowo: teraz i wcześniej. I czuję się w tym jak ryba w wodzie.
Oprócz ciekawego układu sekwencji fabularnych mamy też w powieści trzy miejsca zdarzeń: dwór w Konarach, folwark i młyn. Ten świat wydaje się zamknięty, prawie nic do niego nie dociera. Ale to pozory, bo mamy też echa wypadków z miasta, z lasu, z karczmy i dworu w Zabrzegu. Pojawiają się ludzie z zewnątrz: kupiec tekstylny, ukrywający się powstaniec, arendarz Szmul, arystokrata. No i carscy sołdaci, bo przecież Polska jest pod zaborem, nie są to czasy sielankowe. Dwieście wiosen to dwa stulecia historii tych rodzin, kolejnych pokoleń? Dokąd chce nas pani zaprowadzić tym projektem? Co ukazać? Rozpad starego świata?
Jak już powiedziałam, historia będzie mieć swój finał w 2018 roku. Jej serce, to ta sama dolina i różni ludzie, kolejne pokolenia, wywodzące się od dwóch osób: kobiety i mężczyzny, którzy przez przypadek (i na krótko) w tej dolinie się odnaleźli. No i cała otoczka, a więc ludzie z zewnątrz: powstaniec, karczmarz, obwoźny handlarz, carscy sołdaci, potem faszyści i tak dalej. Co chcę ukazać? Pewną niezmienność i zmienność jednocześnie. Tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie i miejsce trzymają tę rodzinę jak gdyby w pewnej jedności, lecz zmieniająca się wciąż rzeczywistość sprawia, że rozpad starego świata następuje co kilka pokoleń, a czasem nawet i częściej. Chcę pokazać, nie moralizując nachalnie, że najważniejsze jest miejsce, gniazdo, do którego można zawsze wrócić.
Udało się pani stworzyć galerię pełnokrwistych, kochających bohaterów. Pokazać miłość przekraczającą bariery społeczne i granice stanów. Brat Konstancji z dworu zniewolił wiejską sierotę Marynię, a właścicielka folwarku związała się z młynarzem. Florentyna wyszła za mąż za kupca tekstylnego, a kochała skrycie ukrywającego się powstańca. Relacje w tej okolicy są skomplikowane, a nad wszystkim unosi się zapach chabrów. Miłość, nienawiść, zdrada – tak między ludźmi było zawsze, niezależnie od okoliczności i anturażu?
Proszę nie zapominać o mojej wyobraźni, to ona wszystkiemu winna. A tak poważnie: zawsze zależy mi, żeby historia, którą opowiadam, była dla czytelnika atrakcyjna. Sama się przy tym nieźle bawię. Czasy się zmieniają, a uczucia, które pan wymienił, były, są i będą zawsze, bez względu na bieg historii, choć oczywiście jej zawirowania nie tylko pobudzają emocje, ale i je wyostrzają, czy też kumulują, a z tej kumulacji rodzą się różne dziwne rzeczy, tak to bywa.
Przystępując do lektury trochę się bałem, czy nie pójdzie pani w ślady Kraszewskiego, Bunscha czy Cherezińskiej, czy nie popadnie pani w patos elegijno-patriotyczny, ale na szczęście nie! To barwna epicka opowieść o ludziach takich jak my, tyle że sprzed dwóch stuleci. Mógłby z tego powstać ciekawy, historyczno-obyczajowy serial, na pewno ciekawszy od „Korony królów”. Znać wyraźnie, że ma pani doświadczenia scenariuszowe. Nie kusi pani taki pomysł?
Dziękuję. Pana uwaga, że udało mi się stworzyć historyczną opowieść dla współczesnego czytelnika, to dla mnie wielki komplement. Jeszcze na etapie pracy źródłowej, nim zaczęłam pisać, trochę się bałam, czy uda mi się tak to właśnie przedstawić. Serial? Ja już go widzę, od pierwszej do ostatniej sceny: epicki rozmach, krwiste postaci i subtelny klimat pewnych zdarzeń... Ale to chyba nie u nas.
Proszę zdradzić, jak pani pracowała nad tą książką? Co pani robiła, żeby nie pogubić się we wszystkich wątkach i postaciach? Obraz wyłaniający się z lektury jest klarowny, a losy bohaterów wciągają z każdym przeczytanym rozdziałem. Jaki jest pani patent na doskonałą organizację czasu?
Dotąd pracowałam tak, że siadałam z rana do komputera i po prostu pisałam, bez żadnego konspektu (nawet w głowie), ale tu tak się nie dało. Napisałam już 11 powieści, lecz to pierwsza, do której robiłam notatki. Pod ręką musiałam mieć spis bohaterów, w obydwu ramach czasowych, ma się rozumieć. Gdzie, kto, ile ma lat. A i tak mi się myliło i ciągle musiałam coś prostować. Najbardziej myliły mi się służące, beztrosko przechodziły sobie z jednej rzeczywistości w drugą. Na szczęście jakoś to opanowałam. Bez patentu, trzeba było się po prostu bardziej niż dotąd skoncentrować.
Zabrakło mi w zakończeniu książki kilku wątków, doprowadzenia ciągłości pokoleniowej do końca. To zabieg celowy, mający nas zachęcić do szukania dalszego ciągu w kolejnych tomach? Ile ich będzie i kiedy możemy się spodziewać drugiej części Dwustu wiosen?
Wszystko, mam nadzieję, znajdzie pan w Niebieskiej sukience, czyli drugim tomie Dwustu wiosen. Tak, to po części celowy zabieg. Drugi tom już złożony w wydawnictwie, więc zbyt długo nie trzeba będzie na pewne odpowiedzi czekać.
Dziękuję za rozmowę.

***

GRAŻYNA JEROMIN-GAŁUSZKA
Pisarka, absolwentka bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim i scenariopisarstwa w PWSFTViT w Łodzi. Urodziła się i mieszka w Sosnowicy, osadzie w dolinie Radomki, gdzie pisze i razem z mężem zajmuje się niewielkim gospodarstwem. Publikowała utwory poetyckie i krótkie formy prozatorskie w czasopismach i antologiach poetyckich. Laureatka konkursu filmowego, zorganizowanego przez Agencję Scenariuszową i tygodnik Film. Współautorka scenariusza jednego z seriali telewizyjnych. Jej debiutancka powieść Złote nietoperze otrzymała I nagrodę w konkursie literackim Kolory Życia. Ponadto napisała: Bardzo długie przebudzenie, Długie lato w Magnolii, Gdybyś mnie kochała, Legenda, Oczy Marzanny M., Kobiety z Czerwonych Bagien, Nie zostawiaj mnie, Magnolia, Złoty sen, Zmowa byłych żon.
Źródło: magazyn "Lady's Club" (www.ladysclub-magazyn.pl)