WIATRAKI. Kolejny kryminał Krzysztofa A. Zajasa trafił do Czytelników

Krzysztof Zajas fot. Michal Ramus 8Nowa powieść „Wiatraki” inicjuje pomorski cykl z duetem policjantów Krzycki – Bałyś, znanym już z Pana wcześniejszej twórczości. Z jakim zadaniem zmierzą się najlepsi krakowscy śledczy na Pomorzu?
Pomorze to ziemia intrygująca. Niby nasza, ale mało swojska, podszyta obcością i niepokojem. Żyjemy i gospodarujemy na niej, ale jakby trochę po wierzchu, starając się nie sięgać nadmiernie w głąb, by nie wygrzebać zbyt wiele z tego, co tam tkwi i mogłoby być dla nas niewygodne. W taką atmosferę wpada mój krakowski duet, czego zapowiedź pojawiła się już w poprzedniej trylogii – wszak żona Lucka Bałysia jest i obca, i pochodzi ze Słupska. Na Pomorzu środkowym dzieje się mocna przestępcza teraźniejszość, nałożona na ponurą i krwawą przeszłość. Wystarczy w tak rozgrzany grunt wrzucić morderstwo i kryminalny mechanizm raźno rusza. Krzycki i Bałyś naprawdę mają się z czym zmierzać.
W kryminalna intrygę często wplata Pan bieżące tematy społeczne  - nie inaczej jest w “Wiatrakach”: korupcja, układy między gangsterami i władzą, protesty w obronie sądów… Czy literatura popularna powinna być czymś więcej niż tylko rozrywką?
Literatura zawsze jest komentarzem do rzeczywistości, w przeciwnym wypadku pisanie nie miałoby sensu. Z drugiej strony, kryminał dzisiaj stał się formą na tyle pojemną, że można w nim umieścić praktycznie wszystko, od horroru, przez wszelkiego rodzaju analizy społeczne i polityczne, psychologię i psychiatrię, po komedię obyczajową. W moich pomysłach staram się przemycić coś z naszej współczesności, jakieś nasze problemy, napięcia, lęki i niepewności nie tylko kryminalnej proweniencji. Dlatego w „Wiatrakach” tłem dla kilku scen są na przykład protesty w obronie niezawisłości sądów, które objęły cały kraj. Uwikłanie policji w mafijne i polityczne układy to również część naszej rzeczywistości, nie tylko chwyt konwencji. Pełno o tym w gazetach. Trudno pisać powieść dziejącą się we współczesności i to wszystko ignorować.
W kontekście pracy policji, zainteresował mnie wątek popularności duetu Krzycki-Bałyś wśród kolegów, ich sława sięga daleko poza Małopolskę – czy rzeczywiście policjanci mają takie swoje legendy?
Nie wiem, czy mają, ale z pewnością powinni mieć. W policji, jak w każdym innym zawodzie, potrzebne są wzory do naśladowania i to od nich w dużej mierze zależy poziom i profesjonalizm wykonywania służbowych obowiązków. I nie chodzi tu o dobre strzelanie czy umiejętność skopania tyłka gangsterowi, ale o coś znacznie ważniejszego. Mam na myśli poważne traktowanie swojej pracy, uczciwość w rozstrzyganiu dylematów, a przede wszystkim zmysł moralny, który popycha do czynienia dobra i powstrzymuje przed czynieniem zła. Młodzi ludzie, z których głownie składa się policja, potrzebują takich wzorów po prostu dlatego, że często ich doświadczenie zawodowe i życiowe jest skromne i mało przydatne w trudnych sytuacjach. Od tego, do jakich wzorów się odwołają, zależy bardzo dużo. Dzisiaj obserwujemy w polskiej policji coś w rodzaju kryzysu autorytetów i właśnie braku pozytywnych wzorów. Powszechnie krytykuje się policję za upolitycznienie, wysługiwanie się rządzącym, stronniczość w podejmowaniu ważnych interwencji itd., a z drugiej strony nie widzę, by ktoś tym młodym i pełnym dobrych chęci ludziom takie pozytywne wzorce podsuwał. Obawiam się, że jest przeciwnie: siedź cicho i wykonuj polecenia, to cię nie wywalą z roboty. To nie jest budujący model kształcenia policyjnych kadr. W amerykańskich filmach w kluczowej scenie rozprawy ze złym policjantem powtarza się taka kwestia: „Przypomnij sobie, po co nosisz ten mundur”. Bardzo ją lubię.
O ile Pana bohaterowie są mocno zaangażowani w sprawy zawodowe, nie boją się największych trudności, o tyle ich życie prywatne jest w rozsypce. W kwestiach damsko-męskich panuje totalny brak porozumienia…
Kończąc poprzednią trylogię, zwaną grobiańską, miałem wrażenie, że coś się wszystko zbyt pięknie i malowniczo ułożyło. Jeden ślub i zapowiedź drugiego, odnaleziona rodzina, awanse w pracy i kwitnący biznes, źli wrogowie pokonani… Za dużo dobrego. Nie było innego wyjścia, jak rozpocząć następną trylogię od serii osobistych katastrof głównych bohaterów. Trochę jak w tych śniadaniowych serialach. Gdy się wszystko pięknie układa, bierzemy młotek i burzymy, dla pchnięcia akcji do przodu. To jedna z moich literackich lekcji. Przed całkowitym „uśniadaniowieniem” pomysłu broniła mnie forma mrocznego kryminału, czyli seria okrutnych i niejasnych śmierci, a przy tym pasowało mi to burzenie do portretu Krzyckiego. On nie potrafi długo działać w jednym paradygmacie. Zwłaszcza gdy wszystko się dobrze układa. Dobro przyświeca mu w pasji zawodowej, ale nie w życiu rodzinnym. Tak, to inspirujący konflikt wewnętrzny, sam jestem ciekaw, jak się skończy. Natomiast Lucek Bałyś jest ofiarą własnej nieopierzonej młodości, tego zabójczo słodkiego loczka na czole, który musi utracić jak dziewictwo. To jego droga do dorosłości, mocno wyboista, jak to w życiu. Tu grają rolę realia życiowe, jak najbardziej…
Jest Pan mistrzem w budowaniu nastroju grozy. Pozornie niewinne obrazy nabierają dramatycznych barw. Choćby tytułowe wiatraki - demoniczni intruzi w spokojnym krajobrazie Pomorza… Skąd pomysł, by to ekologiczne źródło pozyskiwania energii stało się miejscem makabrycznych wydarzeń?
Jechałem parę lat temu samochodem na Pomorze do pisarskiej samotni, by dokończyć Mroczny krąg. Był listopad, ponieważ chciałem zobaczyć morze późną jesienią, czyli bez ludzi. Pod Kołobrzeg dotarłem mocno po zmroku i z powodu wypitych kaw zjechałem na pole w wiadomym celu. W pewnym momencie uniosłem głowę i moja prostata omal nie obumarła, kurcząc się do rozmiarów pestki wiśni. Nade mną w absolutnej ciemności mrugała na czerwono wielka lampa, rytmicznie przesłaniana machnięciami gigantycznych ramion. Od wewnętrznej strony skrzydła wiatraka błyskały jak okrwawione ciało. I pulsujący szmer: szszt, szszt, szszt. W jednym z błysków wydało mi się, że widzę na skrzydle czarny cień, i wyobraźnia podsunęła obraz zawieszonego ciała. Z tyłu głowy wyłonił się cytat z poematu Władysława Sebyły o młynach z frazą: „na zalane czerwienią łopaty”. Nie pamiętam, czy i jak dokończyłem zamierzoną czynność, przed oczyma wciąż migały mi te zakrwawione, upiorne śmigła. Długo nosiłem w sobie ten obraz, nim go zapisałem. Być może zadziałało zaskoczenie, ponieważ wcześniej zawsze widywałem radosne turbiny wiatrowe w pogodny dzień, na słonecznym polu, bardzo pozytywne. A tu piekielne młyny, mielące ludzkie ciała… Powiedziałem sobie, że jeśli kiedyś zabiorę się za powieść o Pomorzu, zacznie się od tych nocnych wiatraków.
Charakterystyczną cechą Pana prozy jest wykorzystywanie elementów paranormalnych – czy to inspiracja mistrzem Stephenem Kingiem?
Pewnie tak. Ale i inspiracja samym życiem. Każdy ma w sobie wspomnienie strachu przed niesamowitym, niektórzy wyłącznie to. Lubię poszukiwać w sobie lęków, przerażeń, przeważnie jeszcze dziecinnych, kiedy świat przedstawiał zagrożenie raczej z powodu straszności niż głupoty, jak teraz. King nauczył mnie nie bać się używać grozy w pisaniu. Skoro jest częścią naszego egzystencjalnego doświadczenia, to znaczy, że jest ważna. Od Kinga wziąłem również brak skrupułów w przekraczaniu wyznaczników gatunkowych. Literatura ma być do czytania, a nie do przestrzegania gatunkowej czystości, i basta. Dlatego upieram się przy kryminale z elementami grozy, czego puryści stanowczo zabraniają.
Zbrodnia najczęściej jest efektem impulsu, sekundy działania poza kontrolą, poza rozsądkiem. To irracjonalne i dlatego bliskie działaniu sił paranormalnych. Zbrodnia w pełni racjonalna, wymyślona, zaplanowana i przeprowadzona z żelazną konsekwencją, jeśli w ogóle istnieje, jest nieciekawa. Znacznie ciekawsze dla mnie są czynniki irracjonalne, zwłaszcza rozciągnięte w czasie, jak u psychopatycznych mścicieli. To trochę tak, jakby w normalnego człowieka wstąpił zły duch i kierował jego postępkami, niezależnie od jego woli. Nigdy nie wiemy, na ile ktoś, czy coś takiego w nas działa. A to już paranormalność i groza. Ach, i jeszcze jedno: największym z potworów jest człowiek. To również lekcja Kinga.
“Opowieść powinna być zawsze na pierwszym miejscu” – radzi wszystkim piszącym Stephen King. Jak Pan pracuje nad swoimi książkami? Co jest pierwsze: historia, bohaterowie, temat?
Najpierw jest wkurzenie na świat i złośliwy odruch, by to opisać. Potem kombinowanie, jak to opisać, czyli kim jest główny bohater i co go otacza. Następnie wyciągam z notatników pomysły, akapity, czasem pojedyncze zdania zapisywane przy każdej okazji, i próbuję z tego ułożyć jakąś sensowną całość. Gdy już powymyślam te historie, porozciągam przestrzeń i czas, powypełniam puste formy postaci cechami charakteru i wydaje mi się, że narracja trzyma się kupy, zapisuję tak przyrządzone streszczenie. A potem zasiadam do pisania i cały ten misterny plan wali się w gruzy. Wychodzi coś zupełnie albo prawie zupełnie innego, takie mam nieodmienne odczucie po zakończeniu pisania. Czyli jednak historia. Opowieść. A jak już mówiłem – opowieść to życie. Niby wiadomo jak się skończy, a jednak do końca nie wiadomo… (śmiech)
“Pisz w pierwszej kolejności dla siebie, a dopiero potem martw się o czytelników” – to także jedna z rad Mistrza Kinga. Jak to jest w Pana przypadku? Czy pisze Pan dla własnej frajdy, na ile bierze Pan pod uwagę to, jak tekst będzie odebrany?
Łatwo powiedzieć: „pisz dla siebie”. Ale przecież każdy z nas pisze dla sławy, wielkości, uznania, pieniędzy, nagród i uwielbienia czytelników. Bardzo trudno się uwolnić od pokus międzyludzkiej próżności. Gdy się na niej przyłapuję, natychmiast biję się po łapach. Pamiętaj, jesteś nikim, będziesz nikim, a piszesz, bo chcesz opowiedzieć coś fajnego. Kombinuj, żeby ci wyszło. O tym, czy to jest fajne, musi jednak zadecydować kto inny, więc daję do czytania i czekam pilnie reakcji. Koło się zamyka. W tej radzie Kinga chodziło bardziej o sam moment pisania, żeby nie myśleć ciągle, co się będzie podobało innym. Niech się spodoba tobie, niech będzie dla ciebie fajne. Jak się nie spodoba, trudno. On mówił o dwóch  fazach pisania: zamkniętych i otwartych drzwi. Najpierw się zamykasz w swoim pokoju (wyobraźnia), a potem otwierasz drzwi i przez szparę podajesz maszynopis na zewnątrz (świat). I czekasz ogryzając paznokcie. Czyli niby dla siebie, ale jednak dla innych.
Pisarze mają dziś znacznie większe możliwości kontaktu ze swoimi czytelnikami – choćby dzięki mediom społecznościowym. Czy bierze Pan sobie do serca ich opinie i sugestie?
Na początku pilnie i nie bez pewnej histerii śledziłem wszystko, co o Zajasie kto tam wrzucił do sieci (drukowanych recenzji było jak na lekarstwo). To cieszyło, tamto bolało, raz pęczniałem z radości, innym razem kuliłem się z upokorzenia i wstydu. Do czasu, gdy zauważyłem, że rynek internetowych opinii coraz bardziej przypomina szalony Hyde Park, w którym każdy anonimowy półgłówek może wykrzyczeć, co mu ślina na perwersyjnie wysunięty język przyniesie. Opinie na lubimyczytać.pl niekiedy do tego stopnia odstawały od moich, że wątpiłem, czy ten i owa czytali tę samą książkę. Do tego doszły jeszcze tak zwane recenzje, które w większości sklejane były z fragmentów innych recenzji i nieraz miałem wrażenie, że autor w ogóle nie czytał książki. Co całkiem prawdopodobne, skoro umieszczał po dziesięć recenzji tygodniowo… Do tego doszły opinie płatne, po siedem groszy za słowo, które szalony Hyde Park przekształcają w pełen wrzawy bazar z krzykaczami do wynajęcia. Niektórzy na tych najmitach budują swoją pisarską popularność. No więc przestałem się wczytywać w internetowe opinie, zaglądam do nich sporadycznie i reaguję spokojnie. Znacznie ważniejsze są zdania mówione do mnie przez prawdziwych ludzi, na przykład na czytelniczych spotkaniach. To są miłe i ważne chwile. Lub opinie znajomych, zwłaszcza tych od literatury. Ich uwagi są bezcenne.
W tym roku znalazł się pan w ścisłym gronie autorów nominowanych do nagrody wielkiego kalibru za powieść „Oszpicyn” – czy ta nominacja zmieniła coś w Pana podejściu do pisania?
W podejściu do pisania niewiele. Tak jak przedtem, staram się pisać jak najlepiej i najciekawiej, dla mnie i dla innych. Natomiast zmieniło wiele w patrzeniu Zajasa na samego siebie, tak trochę z zewnątrz. Co było dotychczas jednak jakoś tam zajęciem intymnym, stało się nie tylko domeną publiczną, ale i tekstem zauważanym, interpretowanym, a nawet – niech będzie – docenianym. Przy czym w przypadku Oszpicyna chodzi o powieść bardzo osobistą, mocno autobiograficzną, więc wrażenie wystawienia siebie na widok publiczny jeszcze bardziej dojmujące. Ale mądrzy mistrzowie słowa radzili: nie pisz dla siebie, pisz sobą. No więc piszę sobą.
Chociaż dla innych. Nierozerwalna plątanina intencji…
„Wiatraki” to pierwszy tom z serii i choć poznajemy rozwiązanie zagadki kryminalnej, to ważne wątki pozostają w zawieszeniu… Zapowiada Pan: „Krzycki jeszcze na Pomorzu nieźle nawywija”. Jak długo czytelnicy będą musieli czekać na kontynuację?
Pewnie z rok. Teraz ostro pracuję nad książką naukową potrzebną do wstąpienia na kolejny szczebel uniwersyteckiej kariery. Jeszcze coś takiego istnieje, mimo nowej ustawy szkolnictwie wyższym, która sporo zmienia i to niekoniecznie na lepsze. Za drugi tom trylogii pomorskiej zabiorę się z początkiem nowego roku, więc pewnie ukaże się jesienią 2019 roku. O ile nic się nieoczekiwanego nie wydarzy. A jak wiadomo, kryminał i horror mają to do siebie, że dzieją się tam rzeczy głównie nieoczekiwane.

***

Dla Czytelników Gazety Podlasia Wydawnictwo Marginesy ufundowało do rozlosowania trzy książki Krzysztofa A. Zajasa. Wystarczy  podać dwa nazwiska krakowskich policjantów.
Rozwiązania prosimy przesyłać na adres: Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. 01-540 Warszawa ul. Forteczna 1a z dopiskiem: Konkurs. Odpowiedzi na kartach pocztowych czekamy do końca końca stycznia. Fundatorem nagród jest Wydawnictwo Marginesy.

***

wiatraki front 1400Krzysztof A. Zajas
Wiatraki

ISBN 978-83-65973-77-1 cena: 39,90 zł
Stron 480 Okładka miękka ze skrzydełkami
Kategoria: Kryminał/sensacja
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.
01-540 Warszawa ul. Forteczna 1a
tel./fax.: +48 22 2839 91 27
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www.marginesy.com.pl

Podkomisarz Lucjan Bałyś, wysłany na konferencję na Pomorze, zostaje wmieszany w porachunki miejscowych gangsterów. Z początku uznaje to za szczęśliwy traf – uwielbia adrenalinę i praworządność. Tyle że to nie zabawa.
W tym samym czasie blisko Słupska ktoś w sposób bestialski i makabryczny morduje trzech mężczyzn, a Bałyś  znika bez śladu…
Inspektor Krzycki wyrusza na pomoc. Obudził zmory ponurej przeszłości, z którymi w końcu trzeba się zmierzyć. Musi działać na pograniczu policyjnej logiki i irracjonalnej intuicji, bo tylko w ten sposób zdoła odnaleźć i uratować przyjaciela. Co było dawno i wydawało się błahe, okazuje się najważniejsze dla rozwiązania krwawej zagadki. Tak mu się przynajmniej wydaje.
Krzyckiego ściga brudna przeszłość. Lucka – brudna teraźniejszość, która każe mu wreszcie wydorośleć. A nad tym wszystkim niesie się upiorny szum skrzydeł pomorskich wiatraków...
Krzysztof A. Zajas efektownie rozpoczyna trylogię pomorską.
Groza, tajemnica i strach. Złe charaktery, brudne sprawy i wiara w triumf dobra. W pierwszym tomie trylogii, w której zabiera nas na Pomorze, Zajas prowadzi z czytelnikiem inteligentną grę, której wynik do końca nie jest przesądzony.

Michał Nogaś

Będzie tak. Pewnego dnia (najlepiej dziś) kupicie sobie tę powieść, a może ktoś wam ją podaruje. Zaczniecie czytać w sypialni albo w hotelu podczas służbowego wyjazdu. Na początku coś tam jeszcze będzie do was z zewnątrz docierało, ale po kilku stronach fabuła wciągnie was tak bardzo, że dźwięki świata ucichną.
Inni pisarze pozwalają czytelnikowi podglądać głównego bohatera, gdy szuka rozwiązania zagadki. Zajas wrzuca nas w sam środek sensacyjnych wydarzeń i sprawia, że stajemy się ich częścią.

Grzegorz Jankowicz

Krzysztof A. Zajas w każdej książce z łatwością udowadnia, że jest zręcznym i błyskotliwym twórcą nietuzinkowych bohaterów i niebanalnych intryg. W „Wiatrakach” jednak robi coś jeszcze: pozwala się poznać jako autor przewrotny i zabójczo inteligentny. Dla czytelnika kryminałów prawdziwym wyzwaniem jest obcowanie z powieścią takiego pisarza właśnie.

Ireneusz Grin

Krzysztof A. Zajas – literaturoznawca, kulturoznawca, tłumacz, profesor polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autor znakomitej kryminalnej „trylogii grobiańskiej”: Ludzie w nienawiści (2014), Mroczny krąg (2015) oraz Z otchłani (2016), a także doskonale przyjętej powieści Oszpicyn (Marginesy 2017), nominowanej do Nagrody Wielkiego Kalibru. Jego ulubionym pisarzem jest Stephen King i podobnie jak jego mistrzowi przyświeca mu zasada: książka ma być do czytania.