Wikliniarstwo i stolarstwo to pasja Wieńczysława Świnarskiego z Kosierad Wielkich

ŚwinarscyPolskie przysłowie: "Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie" można interpretować na wiele sposobów, ale niezaprzeczalnym jest fakt, że najpierw powinniśmy dobrze poznać i docenić to, co jest nasze, tutejsze a dopiero później zachwycać się cudzym, obcym. Nie bez kozery zacząłem ten artykuł od tego przysłowia, gdyż chciałbym zwrócić uwagę nam wszystkim na to, że wśród nas, na pięknej podlaskiej ziemi mieszkają bardzo interesujący ludzie, którzy od pokoleń pielęgnują umiejętności nabyte przez ich dziadów czy ojców. Mieszkają wśród nas pasjonaci, kolekcjonerzy, ludzie o różnym kręgu zainteresowań jak wikliniarze, zielarze, twórcy sztuki ludowej itp., którzy wiedzę i umiejętności nabyli od swoich przodków, są wśród nich także i samoucy. I takich ludzi postanowiłem wyszukać i o nich napisać, a zainspirował mnie do tego wójt Gminy Sokołów Podlaski, Marcin Pasik, który stwierdził, że na terenie ich gminy mieszka wielu bardzo interesujących ludzi, którzy mają bardzo ciekawe pasje. Postanowiliśmy utworzyć na łamach Gazety Podlasia kącik, w którym postaramy się sukcesywnie promować naszych lokalnych mieszkańców, którzy mogą czymś ciekawym zaintrygować i zainteresować naszych Czytelników.

W pierwszej kolejności nasz "latający reporter" wybrał się do Kosierad Wielkich na spotkanie z Panem Wieńczysławem Świnarskim. Pan Wieńczysław ma 83 lata, z dziada pradziada mieszka w Kosieradach, obecnie jest na zasłużonej emeryturze, ale jest bardzo aktywny i kto go nie zna nigdy nie uwierzyłby, że jest on po osiemdziesiątce. Pan Wieńczysław prowadzi zdrowy tryb życia: nie pali i nie pije i to może być recepta na długowieczność. Ponadto zajmuje się wikliniarstwem oraz drobną stolarką, a kibicuje mu żona Anna. Pan Wieńczysław chodził do szkoły w Rozbitym Kamieniu, po jej ukończeniu przejął gospodarstwo po rodzicach. Niestety, ponieważ obecnie czasy dla rolników są nieciekawe, nie było następcy, który chciałby przejąć gospodarstwo po nim: z czwórki dzieci (dwóch synów i dwie córki) troje przeniosło się do Warszawy, jedno mieszka w Przywózkach. W Kosieradach Pan Wieńczysław pozostał tylko z żoną.

- Mam dużo wolnego czasu, chociaż w zimie trochę mi go brakuje, gdyż ja lubię dużo pracować - opowiada pan Wieńczysław. - Czas rozkładam na sezony: zimą wyplatam koszyki z wikliny, robię miotły, wiosną rąbię dla siebie drzewo na opał a latem robię drewniane stołeczki i ławy (z olchy, dębu, sosny a teraz również będzie i z orzecha włoskiego). Do swojej dyspozycji mam niewielki warsztat stolarski. Stolarstwem interesowałem się od dziecka, już wówczas robiłem bączki, wiatraczki, gołąbki z drzewa. A później to już i poważniejsze rzeczy takie jak okna, drzwi czy ciesielkę dachową.

Wikliniarstwem zainteresowałem się prowadząc gospodarkę. Kiedyś przy wykopkach ziemniaków zbierało się je w kosze wiklinowe. Przyjrzałem się koszykowi, jak on był robiony, w jaki sposób wyplatany i to mi wystarczyło, aby samemu spróbować tego rękodzieła. Nie miałem, żadnego nauczyciela, nikt mi nie tłumaczył jak powinno się wyplatać kosze. Z materiałem na wyrób koszy nie ma większych problemów, gdyż wiklina rośnie prawie wszędzie. Wiklinę najlepiej pozyskiwać do wyrobu gdy liście z niej opadną. Ścina się ją od listopada, musi być ona giętka, elastyczna jak guma. Ja wiklinę pozyskuję przy torach kolejowych. Ścinam jej tylko tyle ile mi potrzeba, bo wiklina musi być świeża jak bułeczki z piekarni. Gdyż jak poleży to się zeschnie i będzie łamliwa, nie nadająca się do wyplatania. Dobra wiklina się nie łamie, można owinąć ją wokół palca i taka jest najlepsza do wyplatania. Wyplatam koszyki różnej wielkości: od większych przeznaczonych na grzyby do małych które idealnie nadają się do wielkanocnej święconki. Zwróciłem uwagę, że wiklina ma różne kolory: od czerwonego, po żółty, są kolory nawet wiśniowo-czerwone. Wówczas z takiej różnokolorowej wikliny wyplecione koszyki są przepiękne. W Sokołowie trafiłem na taką dziką działkę, na której rośnie właśnie taka wiśniowo-czerwona wiklina, bardzo elastyczna, z której wychodzi przepiękna kompozycja na koszykach. Z wierzby płaczącej zaś wiklina jest żółta, wadą jej jest to, że jest bardzo cienka. Kosze te rozdaję znajomym, przyjaciołom, rodzinie. Wyrabiam też kosze nie z wikliny, ale też z materiału pozyskanego po ścięciu sosny, z pniaka (karpy) z systemem korzeniowym. Z karpy odchodzą tzw. kłącza (dochodzą one nawet do dwumetrowej długości) i to właśnie z tych kłączy wyplatam kosze. Jest to trudna i bardzo pracochłonna praca ale i kosz też jest mocny i solidny, ma też swój urok. Miotły zaś robię z witek brzozowych, gdy liście opadną. Czasami biorę udział w kiermaszach wielkanocnych i wystawiam swoje wyroby wiklinowe, wystawiałem się także w Hołowienkach u Państwa Dąbrowskich w gospodarstwie ekologicznym.

Oprócz wikliniarstwa pan Wieńczysław wyrabia stołeczki i ławy z drzewa w przydomowym warsztacie. Teraz lato sprzyja tego typu pracy.

- Robię stołeczki i dla dzieci (małe) i dla dorosłych - mówi pan Wieńczysław. - Małe stołeczki są bardzo przydatne dla gospodyń przy obieraniu ziemniaków, przystawić przy regale, gdy trzeba sięgnąć do wyższych półek. Zawsze w domu mam kilka sztuk i daję je w prezencie przyjaciołom i znajomym. Stołeczki są w różnych kolorach i z różnego gatunku drzewa. Na przykład złocistej sosny nie maluję, pociągam drewno tylko bezbarwnym lakierem, żeby było widać naturalne słoje czy sęczki. Wyrabiam stołeczki z sosny, z buku, z dębu, z olszyny a teraz przymierzam się do ścięcia orzecha włoskiego - jestem ciekaw sam, jaki stołeczek wyjdzie.

Pan Wieńczysław jest taką "złotą rączką" i jak sam mówi, kiedyś to sam wybudował swoje budynki gospodarcze - od fundamentów po dach. Tylko blacharze nakrywali dach blachą. Nauczył się podpatrując innych: mu wystarczyło podpatrzyć murarza, który murował jego dom i w mig pojmował, na czym polega ta praca. Brał kielnię do ręki i próbował. Oborę i stodołę u siebie wymurował sam. Pani Anna jest bardzo dumna ze swojego męża i bardzo go chwali za pracowitość, gdyż wszystko co osiągnęli, to dzięki pracy z własnych rąk. Pan Wieńczysław nie ukrywa, że ma bardzo dużo przyjaciół, ma więc z kim się dzielić swoimi wyrobami, które są naprawdę przepiękne, co widać na zamieszczonym zdjęciu. Nam nie pozostaje nic innego, jak życzyć mu co najmniej setki i sił, aby jeszcze długo wyrabiane przez niego koszyczki i stołeczki mogły cieszyć oko nie tylko przyjaciół i znajomych, ale także pozostałych mieszkańców gminy.